Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Niemiecki akcent


Gdy trafiam do nowego kraju, zadziwiają mnie w nim najdrobniejsze szczegóły, jak sposób ułożenia kostki brukowej na chodnikach, ogłoszenia porozwieszane na przystankach czy oferta budek z ulicznymi przekąskami. Zupełnie jakby ktoś lub coś kazało mi skupiać uwagę na mało istotnych detalach, nierzadko kosztem znanych i powszechnie rozpoznawanych punktów na mapie.

wtorek, 29 listopada 2016

Meine Lieblingshits


Należę do wymierającego gatunku nałogowych słuchaczy radia. Włączenie gadającego czarnego pudła to od wielu lat pozycja obowiązkowa na liście czynności, jakimi rozpoczynam każdy dzień. Może trochę wstyd się przyznać, że w dobie sprzętu klasy high-end wciąż jeszcze eksploatuję starego, kanciastego klamota o niebagatelnych gabarytach, który jest w rodzinie chyba dłużej ode mnie. Sęk jednak w tym, że odbiornik jak dotąd działa bez zarzutu, a do tego lada moment będę mógł z czystym sumieniem przypiąć mu etykietkę "vintage".

czwartek, 25 lutego 2016

4711 – falsyfikat popularniejszy od oryginału


Turkusowy neon z napisem "4711 Echt Kölnisch Wasser" (niem. prawdziwa woda kolońska) wita podróżnych na dworcu głównym. Dokładnie ten sam tekst przewija się jeszcze wielokrotnie na budynkach, szyldach i reklamach porozmieszczanych na kolońskiej starówce. Flakoniki z numerem 4711 na etykiecie zapełniają półki w licznych drogeriach i sklepach z pamiątkami, ostentacyjnie wdzięcząc się do turystów. Ceny najmniejszych opakowań sięgają zaledwie kilku euro, dzięki czemu praktycznie każdy może sprawić sobie niepowtarzalny souvenir z jedynego w świecie miasta, od którego nazwy wywodzi się słynna Eau de Cologne. Komu może więc przyjść do głowy, że "4711" to w rzeczywistości marnej jakości falsyfikat?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Kamelle!


Karnawał dobiega końca. Ostatnie dni piątej pory roku to dla mieszkańców Kolonii niekończąca się impreza. Przyznaję, że momentami miałem już po dziurki w nosie związanego z tym wszechobecnego chaosu, ale dziś nawet trochę mi szkoda, że tegoroczne obchody w przeważającej części są już za mną.

niedziela, 24 stycznia 2016

Karnawał to nie rurki z kremem


Jak to ktoś kiedyś trafnie ujął, z tradycji karnawałowych Polacy powszechnie obchodzą dziś już tylko tłusty czwartek. W odmętach pamięci majaczą mi jeszcze przedszkolne bale przebierańców, no i nieśmiertelny śledzik, z okazji którego odbywały się doroczne imprezy ostatkowe w toruńskiej "Kotłowni". Poza tym nic. Pewnie dlatego tak ogromne wrażenie wywierają na mnie trwające właśnie obchody karnawału w Kolonii. 

sobota, 16 stycznia 2016

Ach, Kłapouszku, ja go pękłem!


Opuściłem biuro z prędkością huraganu mniej więcej kwadrans przed osiemnastą, uprzytomniwszy sobie, że w domu nie został już ani gram pieczywa. Jeżeli nie będę się ociągał, zdążę jeszcze wstąpić do piekarni przed zamknięciem – pomyślałem. Będąc o krok od celu, uświadomiłem sobie, że sytuacja jest znacznie bardziej dramatyczna niż z początku sądziłem, ponieważ miałem akurat do dyspozycji wyłącznie kartę płatniczą. Na szczęście nieopodal znajdował się bankomat, który wielokrotnie odwiedzałem. Wystarczyło tylko odrobinę nadłożyć drogi. Zapewne dałbym radę w parę chwil wypłacić nieco gotówki, a potem rzutem na taśmę wparować po świeżą bagietkę, gdyby nie fakt, że ów bankomat dopiero co dokonał żywota. Jak to możliwe? A, no zwyczajnie: nie wytrzymał presji. Pękł w szwach. Wziął się i wybuchł. I szlag go trafił, pieniądze zresztą też. Ba, pieniądze przede wszystkim, bowiem zatroszczyła się o nie grupa nieznanych sprawców, którzy "pękli" mój Geldautomat niczym balon. Tylko co ja teraz zjem?

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Signore... mon ordinateur... ist kaputt!


Trwa leniwe sobotnie popołudnie. Po kolejnym chłodnym i niemiłosiernie deszczowym tygodniu wreszcie spoza chmur przebijają się upragnione promienie słońca. Siedzę w jednej z osiedlowych knajpek specjalizującej się w argentyńskich stekach, choć – jak na niemiecki lokal przystało – w menu znaleźć można również całą masę dań kuchni włoskiej. Przy stoliku za mną toczy się ożywiona dyskusja na temat wydarzeń nocy sylwestrowej. W Kolonii są one na językach już od dobrych kilku dni, jednak dzisiaj nie jestem tu po to, by rozprawiać o polityce. Niecierpliwym wzrokiem wypatruję bowiem twarzy włoskiego kelnera imieniem Lorenzo.

sobota, 12 grudnia 2015

Das ist nur noch ein anderes Schloß


Przejechać całą trasę autobusem miejskim od pętli do pętli, a potem jeszcze w drugą stronę, albo lepiej wsiąść do pociągu na początkowej stacji i pokonać nim cały dystans... Nie wiem, skąd się biorą dziecięce marzenia tego typu, ale wiem już, że nie jestem jedynym, który takie miewał. Pamiętam, jak w liceum dwoje moich znajomych, zaopatrzonych w bilety miesięczne, postanowiło jeździć autobusem w tę i we w tę aż im się znudzi. Niestety, tuż przed rozpoczęciem drugiego okrążenia kierowca wyprosił ich z pojazdu. Formalnie rzecz biorąc, chyba nie miał do tego podstaw, ale w tej chwili to i tak bez znaczenia. Rzecz w tym, że wciąż przypominają mi się owe marzenia sprzed lat, a czasem nawet udaje mi się je (choćby w części) zrealizować. Dokładnie takim sposobem znalazłem się na wschodnim krańcu linii nr 1 kolońskiego metra – w Bensbergu.

piątek, 4 grudnia 2015

Weihnachtsfeier GmbH


Na miejskich placach rozkwitły bożonarodzeniowe jarmarki, lodowiska i inne przedświąteczne atrakcje. Witryny sklepowe jak na zawołanie zapełniły się mikołajami, aniołkami i kolorowymi bombkami. Nieodłączne "niemcodisko" dobiegające przy każdej okazji z głośników tym razem wzbogaciło spektrum aranżacji o charakterystyczne dzwoneczki. Mój szef tymczasem poczuł się w obowiązku rozesłać wszystkim osobom w biurze kolejnego maila, w którym uprzejmie informuje zagranicznych pracowników, że w Niemczech adwent traktuje się serio, a nie jak w krajach anglosaskich, gdzie królują komercja i kicz. Instynkt podpowiada mi jednak, że są to raczej jego (nomen omen) pobożne życzenia.

piątek, 16 października 2015

Sieben fuhren nach Düsseldorf und einer fuhr nach Köln

Zamierzałem rozpocząć ten tekst stwierdzeniem, że Kolonia z Düsseldorfem żyją jak Bydgoszcz z Toruniem. Ostatni żenujący spór o metropolię na Kujawach i Pomorzu uświadomił mi jednak, że oba te duety w istocie mają ze sobą niewiele wspólnego.

Bój, jaki toczy się od pokoleń między wspomnianą parą niemieckich miast, jest dziś równie zażarty co żartobliwy. Zasadniczą kością niezgody jest bowiem... piwo. Ten złocisty trunek warzy się tu w bardzo wielu małych browarach, których zasięg – siłą rzeczy – jest wyłącznie lokalny. Przywiązanie do regionu zwykło się więc manifestować sączeniem miejscowego piwa. Tradycja ta jest już tak głęboko zakorzeniona, że nawet w przewodnikach turystycznych znaleźć można wzmiankę o tym, że będąc w Kolonii zamawiać należy wyłącznie Kölsch, zaś w Düsseldorfie – Alt. Próby odstępstwa od tej reguły mogą zostać odebrane jako głęboki nietakt. Co ciekawe, zarówno kolońskie jak i düsseldorfskie puby miewają w ofercie oba gatunki piwa, lecz jest to wyłącznie forma swoistej kurtuazji, z której korzystać najzwyczajniej nie wypada.

Bardzo często zdarza się, że wzajemną rywalizację sąsiadujących ze sobą dużych miast podsycają kibice piłkarscy. W tym przypadku sytuacja jest dość specyficzna, bowiem Fortuna Düsseldorf w sezonie 2014/15 musiała pozostać w drugiej bundeslidze, podczas gdy 1. FC Köln zdołał na powrót awansować do pierwszej, przez co oba zespoły nie miały ostatnio okazji do bezpośredniej konfrontacji. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że najdalej za parę lat drużyny te ponownie staną naprzeciwko siebie.

Zupełnym zaskoczeniem dla wielu może być fakt, że w regionie Nadrenii Północnej - Westfalii ogromną wagę przywiązuje się do tradycji karnawałowej. Sklepy oferujące najprzeróżniejsze stroje balowe spotkać można nawet w małych miasteczkach, z których każde ma swoją reprezentację w dorocznym pochodzie ostatkowym. Nietrudno się domyślić, że dostarcza to jeszcze jednej okazji do wzajemnej rywalizacji. Na tym polu jednakże nieodmiennie prym wiedzie uliczna zabawa karnawałowa w wydaniu kolońskim, określana mianem najbardziej spektakularnej imprezy tego typu w całej Europie.

Gdy wybrzmią już ostatnie dźwięki muzyki i dobiegną końca karnawałowe hulanki, tłumy turystów opuszczą Kolonię. Wielu z nich uda się do leżącego nieopodal Düsseldorfu – miasta, którego dynamiczne tempo rozwoju budzi niekłamany podziw. Przez całe wieki było ono zaledwie niewielką osadą położoną w miejscu, gdzie malutka rzeka Düssel wpada do Renu. W początkach dziewiętnastego stulecia zdołało jednak w bardzo szybkim tempie zwiększyć liczbę mieszkańców ponad dwudziestokrotnie. Prawdziwym przełomem w historii Düsseldorfu było natomiast nadanie mu w roku 1946 miana stolicy nowo powstałego landu, czym ostatecznie przesądzono o odebraniu przez niego palmy pierwszeństwa zmagającej się wówczas z licznymi zniszczeniami wojennymi Kolonii. Dzisiejszy Düsseldorf to rzecz jasna nie tylko znacznie lepiej zachowana starówka, ale również nowoczesna architektura, dynamicznie rozwijający się biznes, modowe haute couture czy choćby znacznie większy port lotniczy. 

Skoro o wielkości już mowa, wspomnieć trzeba, że mieszkańcy Kolonii – będącej czwartym pod względem liczby mieszkańców miastem w Niemczech – chętnie podkreślają, iż plasuje się ona w tym rankingu aż o trzy oczka wyżej od konkurenta. Nie sposób też przemilczeć fakt, że historia miasta sięga czasów Imperium Rzymskiego, o czym przekonać się można, odwiedzając liczne tutejsze muzea ze słynnym Römisch-Germanisches Museum na czele.

Listę przechwałek i pomniejszych zasług po każdej ze stron ciągnąć można by długo. Na całe szczęście na szczeblu politycznym i administracyjnym nikt już od dawna nie traktuje ich serio. Poza tym każdy rozsądnie myślący mieszkaniec regionu zdaje sobie sprawę, że dzięki sprawnie działającej komunikacji dystans około czterdziestu kilometrów dzielący centra obu miast pokonać można w tempie porównywalnym z wyprawą do odległej dzielnicy w niejednej światowej metropolii. Ostatnimi czasy wzajemna rywalizacja nabrała więc przede wszystkim wymiaru humorystycznego.

Przechadzając się kolońskim starym miastem, natrafiłem swego czasu na tablicę umieszczoną nieopodal wejścia do pubu, informującą wszystkich düsseldorfczyków, że w niniejszym lokalu liczyć muszą się z 20-procentową dopłatą naliczaną do wszystkich zamówionych przez nich napojów. Właściciele zapewniają jednocześnie, że nie serwuje się tam żadnych starych piw (niemiecka gra słów: gatunek piwa "Alt" znaczy tyle co "stary"), a jedynie świeży Kölsch.


Innym razem przeczytałem w wagonie metra, że "gotowanie jest dla düsseldorfczyków", natomiast w Kolonii zamawia się jedzenie przez Internet.


Nawet McDonald's reklamował swego czasu pewną nową pozycję w menu, zachęcając do spróbowania jej zanim zrobi to ktoś z Düsseldorfu. Rzecz jasna, w Düsseldorfie identycznie przestrzegano przed mieszkańcami Kolonii.

Wróćmy na moment na grunt polski: Gdy przed laty opuszczałem region kujawsko-pomorski, odbywał się akurat bydgosko-toruński pojedynek kabaretów, a grupa ochotników mierzyła, ile umownych rzutów beretem trzeba wykonać, by pokonać odległość między tymi miastami. Choć humory dopisywały po obu stronach, nie wystarczyło dobrej woli i zdrowego rozsądku, by włodarze odwiecznie skłóconych grodów nad Wisłą zakopali topór wojenny. Szkoda. Przykład niemiecki pokazuje, że lokalne animozje wbrew pozorom da się pokonać.

Na koniec wyjaśnię jeszcze tylko, że tytuł niniejszego wpisu zaczerpnięty został z tekstu piosenki zespołu Die Toten Hosen pod tytułem "Zehn kleine Jägermeister". O tym, jak zakończyła się wyprawa nieszczęśnika, który – odłączywszy się od kolegów – dotarł do Kolonii, przekonać się można, oglądając teledysk do utworu.

Źródła:

wtorek, 29 września 2015

Jednaki, miarowy, niezmienny


Panie Staff, o szyby to sobie może jesienny deszcz dzwoni i pluszcze gdzieś tam w Polsce, ale nad Renem, to on – proszę Pana – literalnie nie zna litości. No, ludzie... ileż można?

Wrzesień jak wrzesień, wiadoma sprawa – solidna ulewa na dobry początek szkoły to i u nas od lat uświęcona tradycja. Pech chciał jednak, że drugiego i trzeciego dnia też solidnie zmoczyło. No, cóż. Bywa i tak. – że zacytuję klasyka.

Nazajutrz coraz bardziej nerwowo spoglądałem za okno, ale na żadne zmiany się nie zanosiło. Umarł w butach. W niedzielę zacząłem już dla zachowania spokoju obracać sytuację w żart. Przecież nie może padać całą wieczność! – sam siebie próbowałem przekonać.

Kolejny tydzień rozpoczął się obiecująco. Suchą stopą dotarłem do pracy, choć odnotować trzeba, że odprowadzały mnie czarne chmury. Inna sprawa, że ulewa wisząca w powietrzu nie kazała długo na siebie czekać. Nim nastał kolejny weekend, zdążyłem już zgromadzić na wycieraczce imponującą kolekcję przemoczonych butów, a i pomysły, co suchego na grzbiet narzucić powoli się wyczerpywały. 

W trzecim tygodniu żarty się skończyły, choć może trafniej byłoby stwierdzić, że obiekt żartów i żartujący zamienili się rolami. Parasol przestał już w zasadzie ociekać z kropel między jednym a drugim użyciem. Mokre pranie wyjęte z pralki niewiele różniło się od tego, jakim zastać je można było po całej nocy zalegania na lince. Biegać w miarę spokojnie dawało się praktycznie tylko w lesie, bo jedynie tam liście cierpliwie brały na siebie większość spadających kropel. Wspomnienia o błękicie nieba czy odsłoniętej tarczy słońca coraz bardziej rozmywały się już w mej pamięci. Okresy bez opadów przeszły do historii, a ich miejsce zajęły nędzne interludia między jednym a drugim deszczem. 

Niestety, nie ma nadziei. Jak podaje portal holiday-weather.com, w Kolonii przypada przeciętnie kilkanaście dni deszczowych w miesiącu. W każdym miesiącu! Nawet wtedy, gdy Bawaria praży się w słońcu, Monachium rozpoczyna Oktoberfest, a Robert Lewandowski strzela bramkę za bramką. Ot, mikroklimat.

To już postanowione: Uciekam... choć na parę dni. Zaspanym wzrokiem rzucam przelotne spojrzenie w stronę niewielkiego okna samolotu i patrzę, jak pokrywają je krople. Ręce opadają.


poniedziałek, 21 września 2015

Köln, Bonn i wielki klasyk

Bonn leży tak blisko Kolonii, że dzieli z nią port lotniczy. Mało tego, między jednym a drugim miastem przebiegają dwie linie metra. Podróżni mają też do dyspozycji (kursujące przeciętnie dwa razy na godzinę) pociągi regionalne, które pokonują dystans dzielący oba miasta zaledwie w trzydzieści minut. Wszystko wskazuje więc na to, że mieszkańcy Kolonii z powodzeniem mogą zaplanować wycieczkę do dawnej stolicy RFN w ramach niedzielnego spaceru. Sam zresztą niedawno spróbowałem. Polecam.

Najstarsza, centralna część Bonn jest nieco większa od kolońskiej starówki i zdecydowanie bardziej urokliwa. Niemal całkowicie wyeliminowano z niej ruch samochodowy, dzięki czemu swobodnie można się po niej poruszać piechotą. Jak w przypadku wielu zachodnioeuropejskich miast, tutejsze deptaki zostały mocno zdominowane przez sieciowe sklepy odzieżowe, więc znalezienie ciekawej knajpki czy kawiarni nie jest zadaniem trywialnym. Warto jednak podjąć to wyzwanie. Zająwszy miejsce przy jednym ze stolików, można nieskrępowanie rozkoszować się leniwą atmosferą, której próżno szukać w gwarnej zazwyczaj Kolonii.

Pośród uliczek starego miasta bez wątpienia wciąż jeszcze unosi się duch geniuszu najznakomitszego mieszkańca Bonn – Ludwiga van Beethovena – który przyszedł na świat w maleńkiej oficynie przy Bonngasse 20, gdzie mieści się obecnie muzeum poświęcone jego pamięci. Spośród licznych zgromadzonych tam eksponatów, jeden wywołał kilka lat temu niemałe zamieszanie. Analiza DNA pukla włosów kompozytora wykazała, że przyczyną śmierci 57-letniego Beethovena było zatrucie ołowiem, który notabene aplikował mu jego osobisty lekarz Andreas Wawruch. W początkach XIX wieku znano już wprawdzie szkodliwy wpływ tego metalu, choć wiadomym też było, że dawka stosowana przez doktora Wawrucha dla większości ludzi byłaby niegroźna. Rzecz jednak w tym, że ów ołowiany lek podawano pacjentowi, który cierpiał na zatrucie organizmu właśnie tym pierwiastkiem.

Czy geniusz padł ofiarą niewiedzy? Czy dzisiejsza medycyna wolna jest od kardynalnych błędów? Jak brzmiałaby dziesiąta symfonia Beethovena, gdyby powstała? To już tematy na podróż powrotną. Niezbyt długą, dodajmy.















Źródła:

niedziela, 13 września 2015

Sztuka na wyciągnięcie ręki

Biblioteka, w której zamiast książek wypożyczać można dzieła sztuki – na taki pomysł już przeszło 40 lat temu wpadł Horst-Johannes Tümmers, dyrektor kolońskiej Stadtbücherei. W roku 1973 udało mu się dopiąć swego. Wzorując się na podobnej instytucji funkcjonującej w Berlinie, utworzył pierwszą w tym regionie artotekę.

Kolońska Artothek funkcjonuje po dziś dzień. Mieści się w XV-wiecznej kamienicy przy ul. Am Hof, tuż obok katedry. Począwszy od roku 1977 regularnie organizowane są tam wystawy, po których interesujące nas eksponaty możemy niemalże wziąć pod pachę, zabrać do domu i zawiesić w salonie. Oprócz prywatnych wielbicieli sztuki z usług artoteki korzystają też firmy pragnące uatrakcyjnić swoje biura czy organizatorzy sympozjów chcący nadać odrobinę artystycznego charakteru nazbyt surowym w wystroju salom konferencyjnym. Trudno im się dziwić, w końcu możliwość obcowania przez kilka tygodni czy nawet miesięcy, dajmy na to, z oryginalnym dziełem Maksa Ernsta za 5% jego wartości rynkowej to opcja niezwykle kusząca. To również doskonała okazja do promowania młodych artystów, ponieważ pieniądze z wynajmu w dużej części przeznaczane są na pozyskiwanie najnowszych dzieł obiecujących twórców.

W roku 1993 z inicjatywy Wolfganga Vomma, dyrektora niewielkiej galerii Villa Zanders, skromna artoteka powstała również w podkolońskim Bergisch Gladbach. Kierownictwo nad nią powierzono Klausowi Altmannowi, który piastuje ten urząd nieprzerwanie od 22 lat. Dzięki jego zaangażowaniu i charyzmie, artoteka położona w mieście wielkości Włocławka dorobiła się szerokiego grona stałych klientów, a jej zbiory liczą obecnie ponad 1300 eksponatów. Klaus Altmann jest dziś emerytowanym starszym panem, którego spotkałem niedawno w jego biurze znajdującym się na ostatnim piętrze galerii. O dziełach, nad którymi sprawuje pieczę, opowiada z tak niewiarygodną pasją, że chciałoby się go słuchać godzinami. On zaś skromnie stwierdza tylko, że pragnie dzielić się swą wiedzą z kolejnymi pokoleniami.

Podobne instytucje od niedawna pojawiają się również w Polsce. Niestety, nie cieszą się wciaż jeszcze zbyt wielką popularnością. Taka forma wspierania współczesnych artystów najwyraźniej nie leży w naturze rodzimych kolekcjonerów, którzy sztukę postrzegają często jako inwestycję.

Z czasem to się zmieni, bo coraz więcej firm docenia rolę kultury w budowaniu swojego wizerunku. To na razie trudny temat, ale myślę, że rozwojowy – stwierdziła (w rozmowie opublikowanej na portalu wroclaw.pl) Magdalena Bobko, szefowa Galerii Socato, w ramach której uruchomiono w ubiegłym roku wypożyczalnię dzieł sztuki. Pytanie tylko, czy przyszłych klientów wypożyczalni, na których liczy, przywiedzie faktycznie potrzeba obcowania ze sztuką czy raczej chęć uchodzenia za koneserów.

P.S. Konia z rzędem temu, kto pierwszy zauważył, że Artothek można odczytać z angielska jako:


Źródła:



środa, 26 sierpnia 2015

Kolumba

Gdy mowa o architekturze, często przywoływany jest poniższy cytat z "Imienia Róży" Umberto Eco:

"Albowiem architektura jest tą sztuką, która najśmielej stara się odtworzyć swoim rytmem porządek wszechświata, przez starożytnych nazywanego kosmosem, to jest ozdobionym, jeśli przyrównać go można do wielkiego zwierzęcia opromienionego doskonałością i proporcją wszystkich swoich członków. I niechaj pochwalony będzie Nasz Stwórca, który, jak powiada Augustyn, ustanowił wszystkie rzeczy względem liczby, ciężaru i miary."

Myśl ta wprawdzie razi dziś nieco swą przesadną wzniosłością, jednak co do istoty trudno się z nią nie zgodzić. Kształtowanie przestrzeni, w której się poruszamy, ma ogromny wpływ na jakość naszego funkcjonowania, dlatego solidnie wykonana praca architekta jest nie do przecenienia.

Znane są miasta, gdzie odpowiednie służby czuwają nad każdym najdrobniejszym detalem stanowiącym o zagospodarowaniu przestrzennym osiedli, placów i ulic. Przykładowo, w Paryżu nikt nie może pozwolić sobie na zmianę koloru elewacji wedle własnego widzimisię, ponieważ nigdy nie pozyska na to zgody architekta miejskiego. Z kolei, po przeciwnej stronie kanału La Manche panuje już nieco większe przyzwolenie na pstrokaciznę, choć do kiczowatej samowolki spotykanej w polskich miastach i tak jeszcze Anglikom daleko.

Niemcy raczej nie mogą poszczycić się tak pięknie zachowanymi starówkami jak choćby przywołani wcześniej Francuzi czy Brytyjczycy. Przykładowo, gdy spojrzymy na fotografie ukazujące Kolonię tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, zobaczymy niekończące się gruzowisko. Jedynie katedra zdołała jakimś cudem przetrwać alianckie naloty bez większego uszczerbku. W przeważającej części powojenny koloński krajobraz niczym nie różni się od tego, jaki znamy choćby ze zdjęć zrównanej z ziemią Warszawy.

Na gruzach nadreńskiej metropolii przez ostatnie dziesięciolecia wyrastały gmachy piękne i takie sobie. Niektóre z nich doczekały się nawet światowej sławy. W gronie tym w pierwszej kolejności wymienić należy obsypany nagrodami budynek określany krótko jako Kolumba. Mieszczące się tam Diözesanmuseum (muzeum diecezjalne) nazwę swą zawdzięcza romańskiemu kościołowi St. Kolumba, na którego fundamentach zostało wzniesione w 2007 roku. Autor projektu architektonicznego, Peter Zumthor, zaproponował odtworzenie dawnych murów kościoła, używając w tym celu wyłącznie szarej cegły. Jego koncepcja tzw. "żywego muzeum" stawiała sobie za cel zespojenie zniszczonej romańskiej świątyni ze współczesną koncepcją urbanistyczną Kolonii. Dwa lata później Zumthor otrzymał za nią prestiżową nagrodę Pritzkera. Sama Kolumba zaś uhonorowana została między innymi laurami DAM Award i Brick Award (oba w 2008r.), Architecture Award NRW (2011r.) czy Museum of the Year 2013. 

Tak wielki zachwyt w oczach krytyków potrafi działać na wyobraźnię. Z rozbudzonym do granic apetytem obcowania z dziełem wybitnym udałem się na Kolumbastraße, by na własne oczy ujrzeć tę perłę współczesnej architektury. Mimo sprzyjającej aury, nie musiałem przedzierać się przez tłumy turystów kierujących w górę obiektywy swych aparatów fotograficznych. Przeciwnie, minąłem raptem kilkoro przechodniów i jedną parę siedzącą na ławce – ewidentnie zainteresowaną bardziej sobą nawzajem niż ponadprzeciętnym dziełem znajdującym się kilka kroków przed nimi. Czy należy się dziwić ich obojętności wobec uroków surowego gmachu o nijakim kolorze, przywołującego na myśl raczej odrestaurowany przedwojenny bunkier?




czwartek, 6 sierpnia 2015

Sprechen Sie Kölsch?

Teoretycznie język niemiecki jest jeden. Określa się go dość górnolotnie mianem Hochdeutsch i powszechnie uważa za wspólny dla całego kraju. W praktyce, za swój uważają go przede wszystkim mieszkańcy Hannoveru. Na pozostałych obszarach natomiast panoszą się przeróżne lokalne dialekty. Ich wpływy potrafią być tak silne, że moi (urodzeni na zachodzie Niemiec) koledzy z pracy odpowiedzialni za kontakty z klientami mają często problemy ze zrozumieniem Bawarczyków, a na dźwięk dialektu saksońskiego dostają gęsiej skórki.

Nietrudno zgadnąć, że Północna Nadrenia, którą obecnie zamieszkuję, również może pochwalić się licznymi regionalizmami w warstwie językowej. Co więcej, wtrącanie niektórych słów, a czasem nawet całych wyrażeń w dialekcie kolońskim (zwanym Kölsch, wym. "kylsz") jest tutaj na porządku dziennym. 

Jak się dowiedziałem, Kölsch stopniowo odchodzi jednak do lamusa. W szkołach od lat kładziony jest nacisk, by dzieci posługiwały się raczej standardowym niemieckim. Coraz częściej też utożsamia się dialekt koloński z językiem nizin społecznych. Wyjątkiem od tej reguły jest niewielki zestaw popularnych porzekadeł, których wtrącanie co pewien czas wyniesione zostało do rangi lokalnego patriotyzmu. Wielki w tym udział publikacji Konrada Beikirchera z 2001 roku, pt. "Et kütt wie et kütt – Das Rheinische Grundgesetz“. Autor zestawił w niej jedenaście powiedzonek nieznanego dziś autorstwa w formie tzw. Nadreńskiej Ustawy Zasadniczej (po kolońsku Et rheinisch Jrundjesetz). Poniżej zamieszczam treść jej postanowień wraz z objaśnieniami autora dotyczącymi kontekstu ich użycia.

Artikel 1: Et es wie et es. (Jest jak jest.)
Fakty pozostają faktami, nie ma potrzeby niczego zmieniać.

Artikel 2: Et kütt wie et kütt. (Co będzie, to będzie.)
Nie mamy wpływu na to, co jest nieuniknione.

Artikel 3: Et hätt noch emmer joot jejange. (Tego co dobre wystarczy jeszcze na długo.)
Skoro wczorajszy dzień upłynął po naszej myśli, będzie tak i dziś.
Również w znaczeniu: Dzisiejszy pech nie będzie trwał długo.

Artikel 4: Wat fott es, es fott. (Co minęło, minęło.)
Nie ma sensu rozpamiętywać przeszłych wydarzeń.

Artikel 5: Et bliev nix wie et wor. (Nic nie jest takim, jakim było.)
Należy być otwartym na nadchodzące zmiany.

Artikel 6: Kenne mer nit, bruche mer nit, fott domet. (Nie chcemy w to brnąć, nie musimy w to brnąć.)
Wystrzegajmy się tego, przed czym czujemy wewnętrzny sprzeciw.

Artikel 7: Wat wells de maache? (Co chcesz robić?)
Znajdź swoje przeznaczenie.

Artikel 8: Maach et joot, ävver nit zo off. (Rób to dobrze, ale niezbyt często.)
Jakość jest ważniejsza niż ilość.

Artikel 9: Wat soll dä Kwatsch/Käu? (Co za wierutna bzdura?)
Zakres stosowalności tego pytania nie zna granic.

Artikel 10: Drinks de ejne met? (Napijesz się jeszcze jednego?)
Sposób okazania gościnności.

Artikel 11: Do laachs de disch kapott. (Umrzesz ze śmiechu.)
Poczucia humoru też należy używać z umiarem.


Na koniec mała dygresja: Termin Kölsch ma również inne popularne znaczenie. Używa się go dla wspólnego określenia gatunku piwa warzonego w Kolonii wedle ściśle określonych procedur. W roku 1997 został on nawet uhonorowany przez Unię Europejską tzw. "chronionym oznaczeniem graficznym" wzorowanym na francuskim systemie apelacji.

niedziela, 26 lipca 2015

Z widokiem na dom

– Gdzie dokładnie mieści się twoja firma? – zapytałem.
– Niedaleko domu.
– Jak to możliwe? Przecież mówiłaś, że to gdzieś w centrum, a mieszkacie na przedmieściach. – odparłem zdumiony.

Po chwili namysłu dotarło do mnie, że przecież w Niemczech z powodzeniem można nie tylko pracować, ale nawet mieszkać niedaleko domu. Ba, nawet naprzeciwko domu albo z widokiem na dom. Czy raczej Dom, zważywszy, że w języku niemieckim rzeczowniki zapisywane są od wielkiej litery.

Kölner Dom czyli kolońska katedra od setek lat dostojnie pręży się na zachodnim brzegu Renu, roszcząc sobie prawo do dyktowania urbanistycznego porządku całemu miastu. Jej charakterystyczne bliźniacze wieże trwale zdominowały horyzont sprawiając, że niemal wszystko co kolońskie przedstawia się dziś graficznie za pomocą dwóch strzelistych, symetrycznie ułożonych trójkątów.

Tysiące okrągłych zdań na temat tej niezwykle imponującej średniowiecznej świątyni wypełniają zarówno podręczniki akademickie jak i przewodniki turystyczne, zatem na nic zda się powielanie zawartych w nich treści. Jeszcze wyrwie mi się stwierdzenie, że dopiero tu zrozumiałem sens sformułowania "gotyk na dotyk", a po cóż niepotrzebnie narażać się Toruniowi?

Nie dziwi mnie, że 150 lat temu właśnie u stóp tutejszej katedry wybudowano centralny dworzec kolejowy. Ot, wysiadamy z pociągu, a ona już tam jest, niemal wdziera się na peron. Jestem w stanie wyobrazić sobie pasażera, który zamawia kawę na wynos, siada na schodach obok bocznego wejścia do świątyni i czeka na kolejny pociąg, obserwując przewijające się przed nim tłumy. Obawiam się tylko, że łatwo może przeoczyć swój odjazd, bowiem o każdej porze dnia rozgrywa się tam swoisty spektakl. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście turyści, zalewając okolicę morzem aparatów fotograficznych. Nawet oni nie są jednak w stanie zagłuszyć wszelkiej maści manifestantów, którzy właśnie tam zwykle rozpoczynają swoje zgromadzenia. Tuż za nimi plasują się imprezowicze i spontaniczni grajkowie walczący o skrawek ziemi z rowerzystami i deskorolkowcami. Do tego dodać należy restauratorów, handlarzy, hotelarzy i innych przedsiębiorców, a wreszcie zwykłych przechodniów, do których skądinąd etykietka "zwykli" nie całkiem przystaje, bowiem nie jest to kraj szaroburo odzianych nudziarzy.

Wewnątrz katedry tłum jest nieco bardziej jednolity – silniej zdominowany przez przyjezdnych i odrobinę cichszy niż na zewnątrz. Co do zasady jest jednak niezmienny – rozbiegany, wszędobylski i chaotyczny. To gdzie ci trzej królowie? Aaaa, tam... Pstryk...



wtorek, 21 lipca 2015

Sweet like chocolate

Niewielki półwysep na Renie, położony w samym centrum Kolonii, przeznaczono niemal w całości na potrzeby muzeum, którego popularność przerosła najśmielsze oczekiwania jego twórców. Do stojącego tam postmodernistycznego budynku każdego dnia ustawiają się długie kolejki zwiedzających. Trudno im się dziwić, bowiem mieści się tam najbardziej apetyczny punkt na kulturalnej mapie miasta - Schokoladenmuseum.

Oprócz licznych eksponatów ilustrujących zarówno historię uprawy kakaowca, jak i kulturalny, a nawet religijny aspekt spożycia czekolady, znaleźć tam można niewielką fabrykę, gdzie na naszych oczach produkowane są łakocie, które dosłownie chwilę później zaserwowane zostaną zwiedzającym. 

Proces wytwarzania czekoladowej masy, a następnie formowania jej w niezliczone kształty, budzi nie tylko niekłamane zdumienie, ale również - a raczej przede wszystkim - wilczy aptetyt. Co ciekawe, pracownicy tej nieco bajkowej fabryki, są raczej szczupli. Czyżby cechowała ich tak niezwykła siła woli? A może czekolada - wbrew obiegowej opinii - wcale nie jest tucząca?










środa, 8 lipca 2015

Panoptikum

Dobrych dziesięć lat temu Stanisław Tym zdradził w wywiadzie, że jego zdaniem dzisiejsza rzeczywistość tak pełna jest absurdów, że aż prosi się o nakręcenie kontynuacji "Misia". Wprawdzie wyreżyserowany przez niego niedługo potem film "Ryś" okazał się być dość nieudolną próbą wcielenia tej myśli w życie, niemniej pierwotnemu spostrzeżeniu trudno odmówić racji.

Istotnie, kuriozów szukać nie trzeba. Znajdują się same. Czasem tylko aparatu fotograficznego nie ma akurat pod ręką. Nie wszystkie też zasługują na wykpienie. Niektóre budzą raczej podziw i zaskakują pomysłowością.

Poniżej zamieszczam małą próbkę tego, co udało mi się zaobserwować w ostatnim czasie.


W upalny wieczór, snując się korytarzami metra, desperacko poszukując automatu, w którym można by kupić butelkę wody, natknąłem się na automat do wypożyczania i zwrotu powieści kryminalnych obsługiwany przez miejską bibliotekę.




O ile jestem w stanie zrozumieć, że zwyczajowi sjesty hołdują właściciele knajp prowadzonych w wielu przypadkach przez imigrantów z południa Europy, o tyle analogiczna przerwa w funkcjonowaniu pobliskiego oddziału poczty wydaje mi się już być cokolwiek naciągana.




W pewnej kawiarni, wewnątrz męskiej toalety napotkałem symbol, którego znaczenie nie od razu wydało mi się zrozumiałe. Z drugiej strony, trafniej byłoby rzec, że początkowo wyparłem ze świadomości myśl tak absurdalną, że właściciel owego lokalu apeluje do męskiej część klienteli, by ta odmówiła sobie przyjemności skorzystania z dobrodziejstwa natury, jakim niewątpliwie jest wrodzona zdolność do załatwiania swej potrzeby na stojąco.




Skrzynka na listy umocowana przed sąsiednim domem już sama w sobie prezentuje się dość osobliwie. Kuriozum, nad którym pragnę się pochylić, jest jednak natury nieco bardziej abstrakcyjnej. Na jednym biegunie mamy bowiem listonosza, który ma w zwyczaju nie dostarczać przesyłki, jeśli na skrzynce nie znajdzie nazwiska adresata, na drugim zaś kuriera, który ochoczo podrzuci paczkę sąsiadowi, gdy nie zastanie odbiorcy w domu. Jak dotąd mam na koncie jedynie klapki zamówione w Internecie przez pana z naprzeciwka. Pewien rodak z nieco dłuższym imigracyjnym stażem opowiadał mi jednak, że raz zdarzyło mu się wędrować od drzwi do drzwi w poszukiwaniu swojej paczki.




Niemiecki znak drogowy symbolizujący drogę dla pieszych (i jej pochodne, jak strefa ruchu pieszych itp.) jest jedynym, na którym schematycznie przedstawiony człowiek jest najwyraźniej płci żeńskiej. Przekonać się o tym można, zaglądając choćby na https://pl.wiktionary.org/wiki/Indeks:Niemiecki_-_Znaki_drogowe




Nie dalej jak tydzień temu pojawiły się w mieście plakaty, na których Kolonia gratuluje miastu Ulm (słynącemu z najwyższej na świecie, sięgającej nieco ponad 161m wieży kościelnej) czterech metrów, o które Ulmer Münster przerasta kolońską katedrę. Jest to element obchodów z okazji 125-lecia ukończenia tej rekordowej budowy.




Ostatnie kuriozum opatrzone będzie znakiem zapytania: Czy kreacje widoczne w witrynach nieczynnego sklepu o dumnej nazwie "Elegante Mode" kiedykolwiek mogły zasługiwać na miano eleganckich?

sobota, 4 lipca 2015

Podglądactwo

Z zaskoczenia, z biodra, z nieuwagi, znienacka, zza winkla, ze wścibstwa, z tłumu, z roztargnienia, z ciekawości, znikąd, z oddali, z zaaferowania, z ciemnego kąta, z perspektywy, a przede wszystkim z zafascynowania.