poniedziałek, 11 stycznia 2016

Signore... mon ordinateur... ist kaputt!


Trwa leniwe sobotnie popołudnie. Po kolejnym chłodnym i niemiłosiernie deszczowym tygodniu wreszcie spoza chmur przebijają się upragnione promienie słońca. Siedzę w jednej z osiedlowych knajpek specjalizującej się w argentyńskich stekach, choć – jak na niemiecki lokal przystało – w menu znaleźć można również całą masę dań kuchni włoskiej. Przy stoliku za mną toczy się ożywiona dyskusja na temat wydarzeń nocy sylwestrowej. W Kolonii są one na językach już od dobrych kilku dni, jednak dzisiaj nie jestem tu po to, by rozprawiać o polityce. Niecierpliwym wzrokiem wypatruję bowiem twarzy włoskiego kelnera imieniem Lorenzo.

Nasz bohater, wzorem swego imiennika z szekspirowskiego dramatu, dla miłości zdobył się na czyn wymagający nie lada odwagi. Wprawdzie nie porwał on swej wybranki pod osłoną nocy z domu zachłannego żydowskiego lichwiarza, jak czytamy w "Kupcu weneckim", jednakże zamieszkał dla niej w Niemczech i opanował tutejszy język (którego zresztą szczerze nie znosi), co uznać można za czyn równie heroiczny. Żeby było zabawniej, chwyta się każdej możliwej okazji, by komunikować się po... francusku. Dziesięć lat mieszkania w Paryżu, do którego przybył z rodzimego Rzymu, w zupełności wystarczyło mu, by opanować i ten język w stopniu co najmniej komunikatywnym. Ot, poliglota.

Lorenzo jest też niezwykle towarzyski. Nie widziałem, żeby kiedykolwiek pozostawił swych gości na zbyt długi czas bez opieki. Starym kelnerskim zwyczajem, dogląda ich co chwilę i zasypuje anegdotami. Ma również niebywały talent do wyciągania z ludzi informacji. Odkąd dowiedział się o moich marnych czterech semestrach nauki w Alliance Française, porozumiewamy się niemal wyłącznie po francusku. Przyznaję, że dopóki nasze dialogi sprowadzały się do wzajemnych uprzejmości i wyboru dań na obiad, wydawało mi się to całkiem zabawne. Gdy jednak któregoś dnia Lorenzo zapytał, czym się zajmuję, a następnie natychmiast zapragnął zdobyć mój numer telefonu, by mógł kontaktować się bezpośrednio w razie problemów z komputerem, zbladłem z przerażenia. Na samą myśl o tym, że moim łamanym francuskim mam rozprawiać z nim na temat awarii oprogramowania, przeszły mnie dreszcze.

Na szczęście nie dzwonił, a nagabywany od czasu do czasu o problemy z komputerem, każdorazowo ucinał temat stwierdzeniem, że omówimy sprawę szczegółowo przy innej okazji. Ostatecznie więc uznałem całą historię za jeden z jego żartów i przestałem drążyć. Pewnego dnia jednak ze swych software'owych problemów zwierzył mu się jego wieloletni przyjaciel pracujący jako kucharz w tej samej knajpie. Wieczorem tego dnia rozległ się dźwięk dzwonka w moim telefonie. Nie muszę mówić, kto dzwonił. Koniec końców umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Plan wydawał się prosty: kucharz tego dnia ma fajrant o 14:30, więc zaraz po robocie podrzuci mnie do siebie swoim samochodem. Mieszka zresztą niedaleko.

No, to jestem. Pochłaniam akurat ravioli, gdy Lorenzo spostrzega mnie z drugiego końca sali. Podchodzi do stolika, dopytując czy niczego więcej nie trzeba. Po krótkiej wymianie uprzejmości stwierdza wreszcie, że kucharz właśnie zbiera się do wyjścia, więc za moment nas sobie przedstawi. Uprzedza mnie, że mam się przygotować na spotkanie z brodatym... Hindusem.

Jak się wkrótce okazuje, nazywanie go brodatym jest dość mocno na wyrost. Co do jego pochodzenia nie sposób jednak mieć wątpliwości – śniada cera, zaokrąglona twarz, ciemne włosy i oczy. Jedyne, co nie pasuje do układanki, to spostrzeżenie, że ów mistrz kuchni nie należy do grona osób, które z prędkością karabinu wyrzucają z siebie niekończące się potoki angielskich słów z charakterystycznym, melodyjnym acz ledwo zrozumiałym hinduskim akcentem. Prawdę powiedziawszy, pan G. niemal w ogóle nie mówi po angielsku. Nic więc dziwnego, że rozmowa w aucie kompletnie nam się nie klei. Na dodatek z trudem udaje mi się maskować zaskoczenie faktem, że imigrant z Indii od dobrych kilkunastu lat dzień w dzień pichci wołowe steki.

Podróż mija nam dość szybko. Na finiszu skręcamy w osiedlową uliczkę, gdzie czekamy chwilę nim podniesie się zdalnie sterowana metalowa krata, po czym zjeżdżamy do podziemnego garażu. Otoczenie sprawia, że zaczynam się czuć jak w serialu kryminalnym. Przed otwarciem drzwi spoglądam w boczne lusterko. Teren czysty. Pan G. zamyka auto i zdecydowanym krokiem prowadzi mnie ku ciężkim metalowym drzwiom. Za nimi ciągnie się długi podziemny korytarz z wieloma niespodziewanymi zakrętami. Pokonawszy je wszystkie, docieramy do kolejnych drzwi, za którymi znów ciągną się korytarze, zupełnie jak w labiryncie. Zaczynam się z lekka niecierpliwić naszą przydługą wędrówką. Po obu stronach mijamy wejścia z kolejnymi numerami, za którymi najpewniej kryją się lokatorskie piwnice. W pewnym momencie pan G. zatrzymuje się przy drzwiach z numerem 28, znadujących się po mojej lewej, mniej więcej w połowie korytarza. Nie kryję zdziwienia, gdy spostrzegam, że tuż za nimi znajduje się winda. W jej ciasnej kabinie nie zamontowano nawet lustra, więc przypomina ona raczej szczelną, metalową klatkę. Wysiadamy kilka pięter wyżej. Wiedziony intuicją, odwracam głowę w lewo i wiem już, że stąd do mieszkania pana G. trafiłbym z zamkniętymi oczami. Wystarczy, że będę podążał za wyraźnie wyczuwalnym zapachem curry.

Za progiem jest już zupełnie swojsko. Jedynie barwne podobizny hinduskich bogów wiszące na ścianach odróżniają to wnętrze od setek mu podobnych, jakie Ty i ja oglądaliśmy wielokrotnie. Na półkach w przeszklonej szafce ustawionej w rogu salonu spostrzegam pokaźną kolekcję przeróżnych alkoholi, których lwią część stanowią polskie wódki. Pan G. chwali się swoimi zbiorami niczym cennym trofeum, choć sam nie pija mocnych trunków. Kiwam z uznaniem, po czym kieruję wzrok w stronę biurka, gdzie spogląda już na mnie windowsowy pulpit ze zdjęciem bogato zdobionego, na oko hinduskiego pałacu. Wiem już doskonale, że będę go oglądał przez kilka najbliższych godzin.

A Tobie jak minął weekend?

12 komentarzy:

  1. Cudowne znajomości! I te Indie w środku Niemiec! Udało się rozwiązać problem? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udało, choć nie mam pewności, czy na bardzo długo. :)

      Usuń
  2. Zwykła sobota mogła by być przecież zbyt nudna ;) Fajnie móc poznać ludzi o odmiennej kulturze, no pod warunkiem, że nie ma bariery językowej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Das ist das. Nie ma co się zamykać na innych. :)

      Usuń
  3. Kurcze, wciągnęłam się i tak smutno, że już koniec. A co z rozwiązaniem historii? :)
    Mój weekend minął pracowicie, na jednym z kursów weekendowych. Nie odpoczęłam, nie wyspałam się, ale było miło. End of story ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi słyszeć, że się wciągnęłaś. Jakiś czas temu spostrzegłem, że moje teksty i tak mają tendencję do wydłużania się. Co do dalszego ciągu, to z chęcią opowiem Ci przy najbliższej okazji, a zaraz potem wypytam o Twój weekendowy kurs. :)

      Usuń
  4. Historia trochę z dreszczykiem :D Bardzo dobrze się ją czytało i jak dla mnie długość jest jak najbardziej odpowiednia, a powiem nawet, że chcę więcej:)!
    Pozdrawiam :)
    P.S. Bardzo mi miło, że podobał Ci się mój nieco humorystyczny sposób pisania na moim blogu :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, setki razy obiecywałem sobie, że też będę pisał z humorem, ale chyba na starość już mi to nie wychodzi. Cóż mi zostaje? Muszę zazdrośnie przyznać, że Tobie idzie to lepiej. ;)

      Usuń
  5. Powtórzę za przedmówcą że bardzo mi się podoba humorystyczny sposób pisania postów (nie lubię czytać!)a tu juz koniec postu serdeczności pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, cóż. Jak bistro, to bistro. :)

      Usuń
  6. Przeczytawszy tekst , popłakałam się ze śmiechu (naprawdę), ha ha ha--- Pozdrawiam, R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, zwłaszcza, że całkiem niedawno obiecałem sobie pisać nieco mniej "sztywniacko". :)

      Usuń