niedziela, 15 lipca 2018

Bukareszt chwilowo nieczynny


Bukareszt jest miastem przedziwnym. Raz wydaje mi się szary, ponury, depresyjny, niemal postapokaliptyczny, by za chwilę stać się barwnym, żywym, kipiącym energią i wszechobecną zielenią. A potem znów, jakby chciał mi wymierzyć siarczysty policzek za niesubordynację, odsłania przed zdumionymi oczami szkaradne architektoniczne monstra, niekończące się rzędy nijakich domów bezwstydnie popadających w ruinę i onieśmielające swą gigantycznością ulice.

W Rumunii jestem po raz pierwszy, a jedyne słowo jakie znam w miejscowym języku to mulțumesc (wym. mulcumesk), co znaczy dziękuję. Powtarzam je wytrwale w myślach, by zabrzmiało naturalnie, gdy wypowiem je do urzędniczki kontrolującej mój paszport aż nadto skrupulatnie. Ta jednak okazuje się być kompletnie obojętną na uprzejmości. Z kamienną twarzą odrzuca dokument w moją stronę, jakby parzył ją w dłonie, nie odpowiadając mi ani słowem.

Opuściwszy terminal lotniska, usiłuję kupić w automacie bilet na autobus. Maszyna krzyczy do mnie z ekranu, że usługa ta jest chwilowo nieczynna. Wierzę jej, bo nie wiem jeszcze, że wyrażenie "chwilowo nieczynne" stanie się niebawem moim chlebem powszednim, uniwersalnym eufemizmem, jakim zakryć można dowolną prowizorkę, a owa "chwilowość" żyć będzie własnym życiem gdzieś poza ogólnie przyjętą koncepcją czasu.

Gdybym miał określić Bukareszt jednym przymiotnikiem, wybrałbym słowo fasadowy. Odnoszę wrażenie, że mnóstwo rzeczy w tym mieście stara się nas oszukać, udając coś, czym nie jest. Kamienice na starym mieście pokryto od zewnątrz warstwą designerskiego lukru, by stały się przyjemniejsze dla oka i zapraszały do nowo otwartych lokali. Owa maskarada jest na tyle skuteczna, że wieczorową porą tamtejsze uliczki wyglądają doprawdy magicznie. Niestety poranne słońce bezlitośnie obnaża skutki wieloletnich zaniedbań, pokazując, jak wiele pracy trzeba jeszcze włożyć, by miasto to mogło odzyskać drzemiący w jego wnętrzu blask.

Spacerując w stronę Piața Unirii, mijam kolorowe neony, przesadnie duże szyldy znanych zachodnich marek i migoczące ekrany bombardujące przechodniów reklamami. Zupełnie jakby ta komercyjna, krzycząca kolorowym szczęściem bajka usiłowała przysłonić ludziom szarość ponurych gmachów ciągnących się wzdłuż zmęczonych ulic. Przede wszystkim zaś owa migocząca fasada ma – jak sądzę – stanowić kontrast pozwalający wizualnie przełamać monstrualną bryłę majaczącego w oddali Parlamentu.

Gdy docieram do hotelu, spostrzegam, że na rozłożystej wycieraczce, tuż przed rozsuwanymi drzwiami drzemie pies. Nie musi się obawiać, że ktoś go będzie niepokoił. Goście i tak korzystają z bocznych drzwi, bo główne wejście jest akurat "chwilowo nieczynne".

Prowizoryczny wizerunek miasta zdecydowanie rekompensują ludzie, których tam spotykam. Jest mi wstyd, że Polacy używają niekiedy słowa "Rumun" jak wyzwiska. Mieszkańcy tego kraju niczym nie zasługują na tak złą opinię. Przeciwnie, są niezwykle uprzejmi, otwarci i pomocni, a do tego całkiem dobrze mówią po angielsku. Najbardziej barwną postacią, z jaką mam do czynienia w Bukareszcie, jest pewien emerytowany nauczyciel, który widząc, że fotografuję zabytkowy gmach giełdy, bez wahania podchodzi do mnie, by opowiedzieć historię budynku, przed którym się znajdujemy. W ramach rewanżu prosi mnie, bym pomógł mu nauczyć się wymawiać niektóre polskie słowa. Mój rozmówca okazuje się bowiem być wielbicielem piosenek Czesława Niemena, Anny Jantar i zespołu Dżem. Prezentuje mi nawet swój zeszyt z tekstami utworów, a po chwili śpiewa ich fragmenty, dopytując, czy dobrze je zanotował i czy poprawnie je rozumie. Zastanawiam się, jak bardzo dostrzegalna jest moja konsternacja, gdy stojąc pośrodku bukaresztańskiej starówki, wtóruję kompletnie obcemu facetowi, śpiewającemu po polsku z dziwnym akcentem o tym, że "mimozami jesień się zaczyna..."

Dalej jest już w zasadzie tylko lepiej. Lokalna żywność okazuje się niezwykle smaczna i relatywnie niedroga. Imponuje mi również, że pośród knajpek z rozbawionymi ludźmi napotykam czarującą księgarnię, która w weekendy czynna jest aż do północy. Gdy zaś zmęczone nogi prowadzą mnie do Calea Victoriei, najbardziej reprezentatywnej ulicy w mieście, czuję, że Bukareszt zaczyna mi się podobać. Jest wszakże tylko jeden warunek: Nie należy spoglądać w dal, gdzie wciąż jeszcze pozostaje ogromna część metropolii, będącej "chwilowo nieczynną".



















2 komentarze:

  1. a czytałeś może "Bukareszt. Kurz i krew"? ja czytałam ostatnio i dowiedziałam się o Bukareszcie tyle, że właściwie to prawie nie muszę już tam jechać.
    polecam bardzo! ja ogólnie za Rumunią nie przepadam, więc osobiście odłożę Bukareszt "na potem", ale do książki zajrzeć warto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, czytałem. Ta książka rozbudziła moją wyobraźnię i apetyt na Bukareszt. Masz rację, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

      Usuń