sobota, 5 marca 2016

R jak Reisefieber

 
Krążył kiedyś stary i nieśmieszny dowcip (a jestem dobry w opowiadaniu starych i nieśmiesznych dowcipów) o tym, jak to przychodzi baba do lekarza i skarży się:
– Panie doktorze, nie mogę nigdy zasnąć przed podróżą.
– To niech pani wyjeżdża dzień wcześniej – radzi jej lekarz.
Dowcip nadałby się pewnie co najwyżej na rozpoczęcie "Familiady", gdyby nie fakt, że przypadłość, o której mowa, dotyka bardzo wielu z nas.

Stephen King napisał ładnych parę lat temu opowiadanie poświęcone pewnemu uczuciu, znanemu powszechnie jako déjà vu. Tekst swój celnie zatytułował "That Feeling, You Can Only Say What It Is in French" (tytuł polski "To wrażenie można nazwać tylko po francusku"). Co prawda na określenie niepokoju dopadającego nas niejednokrotnie na myśl o zbliżającej się podróży dałoby się zapewne znaleźć jakieś zgrabne określenia funkcjonujące w różnych językach, jednak aż się prosi, by sparafrazować pisarza, stwierdzając, że to uczucie nazwać można tylko po niemiecku. Powszechnie zwykło się je bowiem określać mianem Reisefieber (wym. rajzefiba) czyli "gorączka podróżna". Swoją drogą to zadzwiająco krótkie słowo jak na germanizm, nieprawdaż?

Być może i Ty zachodzisz w głowę, jak to w ogóle jest możliwe, że choć uwielbiasz podróżować i potrafisz całymi godzinami rozmyślać o kolejnych wyprawach, z wypiekami na twarzy snujesz plany o niekończących się wojażach, a do tego nieustannie chłoniesz relacje podróżników z przyciągających Cię niczym magnes zakątków świata, to i tak gdy w końcu Twój wymarzony wyjazd jest tuż tuż... uruchamia Ci się w tle jakiś wewnętrzny sabotażysta. Nagle zaczynasz doceniać walory codziennej rutyny i marzysz wyłącznie o tym, by robić dziś dokładnie to samo co każdego dnia. Rytuał składający się ze śniadania we własnym domu, pójścia do pracy i przeżycia choćby najbardziej nudnego dnia w biurze jawi się niczym raj utracony. Przecierasz oczy i mówisz sobie, że stawisz temu czoła. Wiesz, że dasz radę, jak zawsze zresztą. Pojedziesz tam, dokąd masz już dawno kupiony bilet i szybko zapomnisz o niepokoju. Ten stan jest przecież wyłącznie przejściowy. Przemówisz sobie w końcu do rozsądku i pójdziesz dalej, by za jakiś czas (może w drodze na lotnisko, może tuż po oderwaniu się od ziemi, a może nawet dopiero nazajutrz) całkowicie zapanować nad sytuacją. Wtedy też nastąpi standardowy finał: Nie będziesz sobie dowierzać, że dopiero co tak bardzo nie chciało Ci się nigdzie jechać. Może nawet pomyślisz sobie, jak wiele by Cię ominęło, gdyby uporczywe myśli wzięły nad Tobą górę i faktycznie skłoniły Cię do pozostania w domu. Na szczęście jesteś tu i już nigdy więcej nie pozwolisz sobie na jakiekolwiek przedwyjazdowe wątpliwości. Co to, to nie... A potem, przy najbliższej okazji i tak sprawdzi się dokładnie ten sam scenariusz.

Jak ja nienawidzę się pakować!

Szczerze mówiąc, pakowanie wcale nie wydaje mi się koszmarem. Ot, biorę ileś klamotów i upycham je do walizki. Czasem nawet ich zgrabne rozlokowanie przestrzenne stanowić może całkiem ciekawe wyzwanie logistyczne. Jeśli jednak podejmuję to wyzwanie grubo po 23ej, a następnego dnia zamierzam wstać o 6ej rano, żeby zdążyć na samolot, sytuacja przedstawia się zgoła odmiennie. Emocje sięgają zenitu, a każde najmniejsze niepowodzenie jest w stanie wywołać lawinę niezadowolenia. Wówczas może zdarzyć się dosłownie wszystko.

Śpij baranie, masz już tylko trzy godziny na sen!

Jest trzecia w nocy. Od dobrych dwóch godzin dosłownie zasypiam na stojąco, marząc jedynie o wygodnym legowisku. Oczyma wyobraźni widzę już, jak za chwilę padnę zmęczony na łóżko i natychmiast pogrążę się w głębokim śnie. I co? I nic! Jak na złość przypomni mi się akurat, że zapomniałem jeszcze coś spakować, zgasić światło w łazience czy naładować baterię w aparacie. Przeklinając pod nosem, zwlokę się po raz kolejny z łóżka, by naprawić niedoróbki. Bywa niestety, że po drodze zdarzy się najgorsze... spojrzę na zegarek. Dotrze do mnie wtedy, jak niewiele już zostało, nim zadzwoni budzik. Na ogół staram się pamiętać, by pod żadnym pozorem tego nie robić, ale gdy rzecz już się stanie, może być naprawdę źle. Zasypianie i presja czasu to odwieczni wrogowie.

Dlaczego właśnie teraz?!

Awaria metra, korek na autostradzie, ścisk na przystanku, zmiana rozkładu jazdy czy uszkodzony automat z biletami – istnieje całe mnóstwo niesprzyjających zdarzeń, które lubią się przytrafiać człowiekowi pędzącemu w ostatniej chwili na dworzec czy na lotnisko. Przesiadki w biegu, nerwowe spoglądanie czy przypadkiem nie zgubiłem gdzieś po drodze części bagażu i mocne bicie serca na myśl o tym, czy znów dopisze mi szczęście i jednak zdążę wsiaść na pokład, stają się nieodłącznym elementem życia na walizkach. 

W przypadku wystąpienia któregokolwiek z wyżej opisanych czynników stara poczciwa Reisefieber bez wątpienia będzie śmiać się nam w twarz i zacierać ręce. Odnoszę wrażenie, że przeciwności losu to jej główna pożywka. Nie chcąc jednak bazować wyłącznie na własnym przeświadczeniu, zajrzałem do Sieci w poszukiwaniu opinii specjalistów. Tym sposobem trafiłem na stronę "Calm Clinic", której psychologowie wymieniają cztery zasadnicze przyczyny występowania "gorączki podróżnej":

lęk przed lataniem
Obawy przed podróżowaniem samolotami są wymieniane jako najczęstsza przyczyna tego typu dolegliwości. Nie dość, że fruwanie w przestworzach nie leży w naszej naturze, to jeszcze z perspektywy pasażera możemy jedynie obserwować, co się dzieje wokół, nie mając najmniejszego wpływu na nasze położenie w przypadku ewentualnej awarii. Do tego dochodzą jeszcze zmiany ciśnienia, konieczność spędzenia kilku godzin niemal bez ruchu i prawdopodobieństwo turbulencji. To oczywiście wyłącznie jedna strona medalu. Na drugim biegunie plasują się niepowtarzalne widoki, nieporównywalna szybkość przemieszczania się, możliwość mentalnego oderwania się od ziemi i spojrzenia na wiele spraw w swoim życiu z dystansu (to wcale nie bujda; mogę sam potwierdzić), a wreszcie zwykła frajda. Na dodatek dobrze wiemy, że przez większość czasu samolot "sunie jak po stole" i żaden inny środek transportu nie jest w stanie przewieźć nas równie gładko i delikatnie.

drastyczne historie
Poprzez media nieustannie docierają do nas komunikaty o tragediach, wypadkach i śmiertelnych ofiarach. Z tego powodu mamy tendencję do przeszacowywania prawdopodobieństwa wystąpienia zdarzeń niezwykle rzadkich lub praktycznie niemożliwych. Nawet jeśli usłyszymy, że jakiś zły los spotyka przeciętnie jednego człowieka na milion, natychmiast przywołujemy sobie w głowie konkretnego Kowalskiego czy Smitha, któremu coś takiego się przytrafiło, bo przecież nie dalej jak tydzień temu widzieliśmy to w dzienniku. A skoro mogło się przytrafić jemu, to równie dobrze może się przytrafić i mnie. W ten sposób całe społeczeństwa potrafią żyć w strachu, że spotka je coś, co kompletnie nie ma racji bytu. Jeśli więc znów przyjdzie Ci do głowy pytanie, dlaczego to Ty nie masz być tym jednym na milion, odpowiedz sobie na nie uczciwie: Owszem, mogę nim być, ale szansa, że to ja, jest właśnie jedna na milion.

opuszczenie strefy komfortu
Dom to dom, znam go na wylot, znam moją okolicę, a pracownicy piekarni uśmiechają się na mój widok i pamietają już nawet, jakie bułki najchętniej kupuję, zaś tam daleko czeka mnie wyłącznie nieznane. Niesamowite, jak wiele osób zaprząta sobie głowę, czy hotel naprawdę będzie tak blisko plaży, jak to jest napisane na stronie internetowej; czy zdjęcia wnętrz odpowiadają stanowi faktycznemu, a może raczej wykonano je w czasach dawnej świetności, etc. Z moich obserwacji wynika, że zdjęcia na ogół przedstawiają stan odbiegający (czasem znacznie) od obecnych realiów, ale cóż z tego? Pojadę tam, rozejrzę się, pobędzie mi z początku mniej lub bardziej źle, aż wreszcie włączę kolejny wycinek świata do mojej strefy komfortu i następnym razem będę jechał tam z nieco spokojniejszą głową.

złe doświadczenia z przeszłości
Na nie faktycznie niewiele da się zaradzić. Niejeden człowiek, gdy raz się zrazi do jakiegoś miejsca, będzie unikał go jak ognia. Większym problemem jest chyba jednak fakt, że niektórzy mają w zwyczaju z góry zakładać, że gdzieś tam będzie im z całą pewnością gorzej niż w domu, a potem uparcie szukają przykładów na potwierdzenie swojej tezy. Ilekroć słyszę, że komuś nie pasuje to czy tamto, bo "u nas w Poznaniu/Warszawie/Krakowie byłoby lepiej", przewraca mi się w żołądku. Jadąc z takim nastawieniem, faktycznie można przywieźć do domu jedynie bagaż złych doświadczeń.

Czym dłużej surfuję w poszukiwaniu informacji, tym bardziej przekonuję się, że blogi i fora pękają w szwach od porad, jak pokonać demona i zminimalizować Reisefieber. Ja mam jednak swój własny, utopijny plan. Wystarczy przecież, że pojadę wszędzie, a wówczas nigdzie nie będę się już czuł obco. No i problem z głowy. Prawda, że proste?


Źródła:

11 komentarzy:

  1. Tak! Coś w tym jest! Chociaż ja przed podróżą mam mieszankę, w której przeważają jednak myśli pozytywne niż strach! Strachu jest naprawdę mało, za to nie mogę zasnąć, bo ciągle wyobrażam sobie co mnie czeka, co zobaczę, co przeżyję. Nie mogę się doczekać i z wrażenia nie śpię :) Ale nigdy nie podróżuję sama, gdybym jechała sama, zapewne moje myśli zamieniłyby się miejscami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję Ci tej swobody. W żadnym razie nie zarażaj się przedwyjazdowymi nerwami. Zdecydowanie nie warto. :)

      Usuń
  2. Ja na szczęście reisefieber (faktycznie zaskakująco krótkie słowo jak na język niemiecki!) miewam sporadycznie i jeśli już to przed podróżą samolotem. Co prawda latać nie boję się kompletnie, ale o stres przyprawiają mnie lotniska: że zgubię bagaż, siebie, pomylę wyjścia, albo o zgrozo nie zdążę na czas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, no tak, każdy ma swoje małe stresy. Pół biedy, gdy lotnisko jest małe, ale na tych ogromnych naprawdę czasem można się wściec, błądząc korytarzami, które niebezpiecznie przypominają labirynt, a docelowa bramka zdaje się być na końcu świata. ;)

      Usuń
  3. Uwielbiam sie pakowac ! Daje mi to niesamowitego kopa i radosc, natomiast mimo to nie mam problemow ze snem przed podroza- gorzej, kiedy jestem na miejscu.. Czasem akomodacja trwa 2 dni ( o ile znowu nie zmieniam miasta/hotelu). Zatem przez poczatek urlopu chodze niczym zombie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że temat okołopodróżnych efektów ubocznych jest znacznie bardziej złożony niż z początku sądziłem. A co do pakowania, to jestem naprawdę pod wrażeniem. Powiedz mi w takim razie, jak to u Ciebie wygląda z perspektywy wydajnościowej. Potrafisz tak wszystko "skompaktować", by na przykład na tygodniową wyprawę wziąć tylko bagaż podręczny?

      Usuń
    2. Jeśli jest to lato, to owszem, spokojnie spakowałabym się w bagaż podręczny na tygodniowy wyjazd. Nie jest to łatwe, wiadomo ;-) ale w końcu liczy sie przygoda :-)

      Usuń
  4. Czytam to i czytam i zaczynam się zastanawiać, kogo jeszcze omijają takie rewelacje. Podróże to dla mnie niesamowita frajda i już od miesiąca cała się ekscytuję na myśl, że za 10 dni będę już kilka tysięcy kilometrów stąd. Zwykle nie martwię się, co to będzie, a raczej uporczywie chłonę informację, które pomogą zaklimatyzować mi się w nowym miejscu (może w sumie to jest ratunek? mając plan, zawsze czuję się pewnie). Ok, jedyny wyjątek i źródło lęku lokowałam w szalonych pomysłach samotnych wojaży. Ale tutaj chyba nikt nie powinien się dziwić... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planowanie zawczasu dość często podawane jest jako sposób na uniknięcie obaw związanych z podróżami, ale u Ciebie - jak rozumiem - wynika to po prostu ze zdrowego rozsądku, a nie z jakiejś specjalnej strategii, by ukoić lęki. Tym lepiej, że masz spokojną głowę w dniu wyjazdu. :)

      Usuń
  5. Puenta na koniec jakże trafna ;D Ja lęków przed podróżą raczej nie odczuwam, ale zawsze mam kłopoty z zaśnięciem akurat wtedy, kiedy wiem, że muszę wcześnie wstać... A jak już się uda zasnąć, to budzę się przed budzikiem z poczuciem, że na pewno zaspałam, i jest kilka godzin po czasie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre i to, Pani Dorciu. ;) Na Islandii to chyba w ogóle czasem trudno zasnąć; a przynajmniej wtedy, gdy za oknem wciąż jasno?

      Usuń