sobota, 21 maja 2016

Miasto bez horyzontu


Kadyks (hiszp. Cádiz) najczęściej reklamuje się na dwa sposoby – jako najdłużej istniejące miasto Zachodniej Europy i jako miejsce narodzin flamenco. Pierwsza informacja to zaledwie jedna z rozważanych przez archeologów hipotez, a druga jest najprawdopodobniej wyłącznie sloganem mającym przyciągać turystów. Mnie osobiście Kadyks kojarzy się z czymś znacznie mniej spektakularnym – z brakiem horyzontu.

Ponad trzydzieści wieków historii odcisnęło ogromne piętno na układzie urbanistycznym tego urokliwego andaluzyjskiego miasta. Spacerując wąziutkimi uliczkami Kadyksu, wzdłuż których ciągną się wielopiętrowe kamienice, można poczuć się, jakbyśmy przedzierali się przez sieć tajemniczych, wysokogórskich wąwozów. Widoczność w takich warunkach sięga co najwyżej kilkudziesięciu metrów, co wprowadza momentami niemały zamęt. Fakt, że rozkład ulic dość frywolnie podchodzi do kwestii równoległości i prostopadłości, wielokrotnie zwodząc spacerowiczów niedostrzegalnymi zakrętami, ani trochę nie ułatwia orientacji. Nawet internetowa mapa w smartfonie nie na wiele się zdaje, gdy w ciasnocie zakamarków co chwilę znika sygnał GPS. Nie ma co zresztą zbyt długo wpatrywać się w ekran telefonu, bowiem na większości ulic dopuszczony jest ruch kołowy, co w praktyce oznacza, że co chwilę trzeba chować się po kątach, by przepuścić jadący samochód.

W tym przedziwnym labiryncie jedną tylko rzecz możemy przyjąć za pewnik  poruszając się wciąż przed siebie w którymkolwiek kierunku, po około 15-20 minutach dotrzemy nad brzeg oceanu. Jest tak dlatego, że mierzeja, na której leży Kadyks, do pewnego stopnia przypomina nasz rodzimy Półwysep Helski, z tą tylko różnicą, że pogoda jest tu znacznie mniej kapryśna, no i zamiast Morza Bałtyckiego mamy Atlantyk. Pewnie zresztą znalazłoby się jeszcze kilka innych rozbieżności, ale nie brnijmy w tę stronę.

Kadyks zaawansowaną wiosną podoba mi się znacznie bardziej niż ten, którego zapamiętałem z kwietniowej wyprawy przed kilkoma laty. Może dlatego, że wtedy nie zaznałem jeszcze tej niesamowitej mieszanki gwaru, chaosu i wszechogarniającego luzu, panującej na niewielkim Placu Św. Franciszka. No i z całą pewnością nie miałem pojęcia o istnieniu wyśmienitej knajpki przy Calle Barrié. Najzabawniejsze jest to, że chyba nawet nie umiem wyjaśnić, co w niej takiego niesamowitego. Ot, zwyczajne wnętrze. Owszem, przytulne i pełne lokalsów. Do tego serwują tam świetne tapas i rewelacyjne wina, ale przecież tego w Hiszpanii nigdy nie brakowało. Może chodzi o to, że kelner już mnie rozpoznaje i macha do mnie z daleka na przywitanie? A może o to, że zajadałem tam stresy przed kolejnymi publicznymi wystąpieniami?

* * *

Doprawdy nie mogę uwierzyć, że to już dzień wyjazdu; że dziś wieczorem będę w zupełnie innym miejscu, z dala od miasta, w którym tak doskonale można wypocząć... Nagle z rozmyślań wyrywa mnie kierowca autobusu, który z łoskotem zamyka drzwi i nastawia radio na jakąś lokalną rozgłośnię. To ostatnie akurat kompletnie mi nie przeszkadza. Dlaczego? Bo muzyka w hiszpańskim radiu bije na głowę tę z niemieckich stacji. Bo zamiast weselnej potupanki można tu usłyszeć przede wszystkim latynoskie rytmy  sambę, czaczę, salsę, rumbę, bachatę, sambę... Wymieniłem sambę dwukrotnie? Nie szkodzi, jest jej naprawdę mnóstwo.

Małe przypomnienie dla niewtajemniczonych  rytm samby to:
HOOOOP-tu-TUP, HOOOOP-tu-TUP,
HOOOOP-tu-TUP, HOOOOP-tu-TUP.

P.S. Czy ktoś pamięta słynną scenę z filmu "Die Another Day", kiedy Halle Berry wyłania się z wody w pomarańczowym bikini? Nakręcono ją właśnie w Kadyksie, a dokładniej na plaży La Caleta. Ekipa filmowa co prawda już dawno pojechała, ale zabytkowy zamek, który James Bond podziwia stamtąd przez lornetkę, z powodzeniem można zwiedzić.
























10 komentarzy:

  1. Zapomniałeś o jednym gatunku - bachata!
    W Kadyksie nigdy nie byłam, tym milej zagłębiłam się w Twoje fotografie. W planach miałam Kadyks, a właściwie tylko odhaczenie kąpieli w oceanie. Przypadkiem, a może szczęśliwym zbiegiem losu, trafiłam do małej wioski u podnóży Kadyksu. Później wyczytałam w przewodniku, że to właśnie tam znajdują się najładniejsze plaże w tej okolicy. W oceanie się wykąpałam, a mając to już za sobą, postanowiliśmy nie zatrzymywać się już w Kadyksie. Mam czego żałować? :)
    Ps. Nawet nie wiesz, jak ucieszyłam się z wczorajszego sms'a. Bałam się, że namówiłam Was na zboczenie z trasy, a później będziecie tego żałować. W końcu są gusta i guściki. Ronda jest cudowna i cieszę się, że również owładnęła Was jej magia! Przyślijcie mi trochę hiszpańskiego słońca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Twoim zasadniczym celem była kąpiel w Adriatyku, to faktycznie poza miastem plaże są znacznie milsze dla oka. Co do samego Kadyksu, to zdecydowanie jest on warty uwagi ze względu na swój charakter, urok i rytm. Kto wie, może kiedyś role się odwrócą i wtedy Ty pojedziesz moim śladem? ;)

      Usuń
  2. Podsyca to moją tęsknotę za klimatem południa i samą Hiszpanią, z którą już dawno nie miałam okazji się widzieć... Kadyks ma coś w sobie, co prawda sama nie miałam okazji jeszcze go zobaczyć, ale to już któryś post o tym mieście, który uświadamia mi, że warto byłoby się w nim na trochę zatrzymać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakieś dwa dni temu usłyszałem o Kadyksie w radiu w jeszcze zupełnie innym kontekście -- jak się okazało, po wieloletnim sporze tutejszy sąd zabronił ostatecznie... opalania nago na plaży. :) A wracając do tematu, jestem szczerze ciekawy blogowych relacji, o których wspominasz. Kadyks zdecydowanie wyróżnia się na tle innych andaluzyjskich miast, więc gorąco polecam Ci się w nim zatrzymać przy najbliższej okazji.

      Usuń
  3. Zwiedzając Andaluzję, w Kadyksie byliśmy bardzo krótko ale z całą pewnością zapamiętam nadmorską promenadę z białymi domkami i Katedrą w tle, z której roztaczał się piękny widok na miasto.
    Warto było się wspinać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, odwiedzanie punktów widokowych na wieżach kościelnych Kadyksu czy podziwianie miasta okiem "camera obscura" udostępnionej na wieży Tavira to jedne z niewielu okazji, by wreszcie popatrzeć na okolicę z szerszej perspektywy. Gęsta zabudowa, o której wspominam w tekście powyżej, skutecznie uniemożliwia obserwację miasta z poziomiu chodnika.

      Usuń
  4. Genialne zdjęcia! Aż chciałabym tam teraz być i sobie wypić leniwą kawkę na słońcu na tarasie... Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, BlaBliBlu! Szczerze mówiąc, też chciałbym wciąż jeszcze tam być... Ech... :-)

      Usuń
  5. Właśnie, zdjęcia superrr, jaki masz aparat ? R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Mój aparat to Nikon D7000.

      Usuń