piątek, 17 lipca 2015

Sin titulo

Letni spacer po wielkim południowoeuropejskim mieście w porze sjesty na ogół przypomina drogę przez mękę. Nie sposób rzecz jasna nakłonić słońce, by choć na chwilę spuściło z tonu. Odrobina przezorności wystarczyłaby jednak, by przewidzieć, że statystyczny środkowoeuropejski żołądek zacznie domagać się obiadu dokładnie wtedy, gdy przeważająca część miejscowych lokali będzie nieczynna. Uczę się tej trudnej sztuki już od tak dawna, lecz wciaż uporczywie powtarzam ten sam scenariusz: Jest wczesne popołudnie, a ja snuję się tam i z powrotem, desperacko rozglądając na wszystkie strony w poszukiwaniu strawy. W rezultacie moje wymagania tracą na sile z każdą chwilą, by ostatecznie zadowolić się najmniejszym bodaj substytutem obiadu.

Czasem zdaje mi się, że podczas tego nerwowego eksplorowania okolicy zwiedzam niemal tyle samo miejskich zakątków, co przez całą resztę dnia. Jakkolwiek irytująca jest taka forma turystyki, przekonuję się, że Hiszpania nawet w czasie sjesty ma w sobie dość wdzięku, by zrekompensować wspomniane niedogodności. Misternie zdobione fasady nieczynnych knajpek, a nawet księgarń (których w Madrycie jest znacznie więcej niż na przykład lodziarni) to prawdziwe dzieła sztuki. Ciekawe, czy Hiszpanie znają słowo "majstersztyk".















Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza